1 listopada 2009

listo-pad

11 października 2009

czas

Wszystkie moje podróże tego roku są na południe od Blicksland. Wyruszam w kolejną. Tak jakby przy okazji, bo nie do końca to moja podróż, właściwie jestem świadkiem czyjejś podróży.
Dziwne to trochę, ale znowu odsuwam swój czas na bok i pozwalam, by czas kogoś innego stał się moim. I choć tak bardzo chciałabym, żeby był naprawdę moim, to przecież udaję tylko, że tak jest. Czy to wygoda czy lęk powoduje, że pozwalam zamieniać się czasom? Lęk przed byciem w swoim i jednocześnie wygoda, by ten lęk odsunąć.
A może to tylko niepotrzebny wymysł mojego umysłu? Może to i mój czas, skoro jednak w nim jestem?

8 października 2009

oktober/październik

30 września 2009

jak się tak biegnie...

"Jak się tak biegnie i biegnie, to można zapomnieć dokąd się biegło" - a tak mi się dzisiaj powiedziało.

14 września 2009

ciało i umysł

Podskórnie wyczuwam, że niebawem będzie mi potrzebna siła. Dużo więcej niż mam jej teraz. (I mam tylko nadzieję, że mylę się co do przyczyn). Do tej pory moje poszukiwanie równowagi i próby trzymania pionu odbywały się na poziomie umysłu, teraz postanawiam zgłębić tę tajemnicę na poziomie ciała. Przecież już wiem, że jedno bez drugiego nie istnieje. Nie istnieje oddzielnie, ale stanowi jedność. Postanawiam szukać równowagi i siły w ciele i przez ciało.

27 sierpnia 2009

noc nad Metują

Noc nad Metują niespodziewanie nas zaskakuje, ale że energia nas nie opuszcza spacerujemy tam i z powrotem aż becherovskie dno nam się ukaże. A tymczasem noc z dniem niepostrzeżenie się wymienia, by doprowadzić nas do miejsca już znajomego, w którym pół wieku temu dochodziło do zdumiewającej wymiany towarów przez zaorany i pilnie strzeżony pas graniczny. Pokonywano go pod osłoną nocy na szczudłach zakończonych kozimi kopytkami, tak by nie zostawiać śladów własnych butów. Szmuglowanie czechosłowackich długopisów było wówczas niezwykle intratnym zajęciem. Dzisiaj trudno się połapać gdzie dokładnie przechodzi granica. Czas wracać do Blicksland.

24 sierpnia 2009

Adršpach

Próby zakrzywiania przestrzeni okazały się na tyle skuteczne, że na jeszcze dalszym południu jestem i trochę nieswojo się tu czuję, bo z ciszy w zgiełk wpadam, gdzie zdecydowanie za dużo ludzi, a wraz z nimi za dużo dźwięków i rzeczy, bo każdy musi coś mówić i coś mieć przy sobie, ze sobą i obok siebie, a najlepiej dużo i jeszcze więcej.
Znajduję schronienie wśród palm i tu czekam na A, bo to jego sprawka z tym zakrzywianiem więc nadzieję mam, że ten sam tunel i jego tu doprowadzi, by mógł mnie uratować, bo nie wiem, w którą iść stronę.

Niecierpliwość moja nie pozwala mi jednak czekać, tym bardziej, że to czekanie na mężczyznę (sic!), a przecież kiedyś postanowiłam za sprawą M, że już nigdy na mężczyznę czekać nie będę. Opuszczam palmy i dobrze robię, bo po kilku minutach otwiera się przede mną obszar niezwykły i jakże inny od poprzedniego. Docieram do skalnego miasta, gdzie naraz z A się spotykam!

20 sierpnia 2009

zakrzywianie czasoprzestrzeni


Jeśli odległość w linii prostej między dwoma punktami może wcale nie być najkrótszą możliwą do pokonania drogą i jeśli rzeczywiście istnieje tunel w zakrzywionej czasoprzestrzeni, przez który można pokonywać odległe obszary, to właściwie odrzucić mogę moją niecierpliwość, niepewność i lęk, bo droga, która wydaje mi się "drogą dookoła" może paradoksalnie okazać się tą najkrótszą.

19 sierpnia 2009

magic-ji

Docieram do magicznej krainy, w której pokonywanie przestrzeni nie pociąga za sobą żadnych zmian czasowych. Znowu jestem cichym obserwatorem. Zatrzymuję chwile innych. Kto zatrzyma moje?

14 sierpnia 2009

latanie

Jeden krok pociąga za sobą drugi. Wyruszam w kolejną podróż na południe. Do miejsca, którego nie ma na żadnej mapie. Bez znaczenia to jednak skoro sama przybywam z obszaru bez określonych współrzędnych geograficznych. Zanim jednak dotrę do nowego miejsca w głowie namiesza mi trochę (zresztą nie tylko mnie) nalewka z pigwy, pokój z miętową lamperią, złoża uranu i powietrze przesiąknięte arsenem.

Nie wiem czy to arsen tak działa czy inna jest tego przyczyna, ale unoszę się nad lasem, nad skałami - lecę! Szybko. Wysoko. Jestem w powietrzu. I choć boję się, to przyjemność jest tak wielka, że chcę jeszcze. Przezwyciężam strach, a ostrożność chowam do kieszeni. Lecę, a przecież nie mam skrzydeł. Po chwili spostrzegam, że nie sama jestem tu w górze, przelatuję nad kimś, a ktoś nade mną, nasze drogi krzyżują się. I odkrywam naraz, że lecimy po ściśle wyznaczonych liniach. Ktoś je nam wyrysował i nie da się od nich uwolnić. Jak to się stało, że nie zauważyłam tego od razu? I choć świadomość istnienia struktury nie umniejsza samej przyjemności latania, to jednak zasadniczo zmienia perspektywę jej postrzegania.

31 lipca 2009

odciążenie

Spotykam dziś pewnego obciążonego człowieka. Czeka cierpliwie w milczeniu aż ktoś go odciąży z ciężaru życia. Uwięziony jest w trzech słowach: żalu, zalęknieniu i rezygnacji. Nie mogę przejść obojętnie. Ściągam mu kamień z żebra i uwalniam go z zalęknienia.
(performance: Wojtek Sawa)

18 lipca 2009

święte miejsce

Na parę dni znowu Blicksland opuszczam, by udać się do pewnego świętego miejsca, które w nocy całe wypełnione jest gwiazdami, czego jednak nie uwieczniam, bo wypatruję tych spadających, a jest to czynność niezwykle absorbująca, gdyż gwiazdy zawsze spadają znienacka i trwa to zaledwie ułamek sekundy i trzeba być gotowym, by życzenie wypowiedzieć. Uwieczniam zatem w dzień.

12 lipca 2009

podróż

Idziemy do Dobrego Źródła, by napełniwszy usta wodą źródlaną i życzenie miłosne pomyślawszy siedmiokrotnie okrążyć kaplicę św.Anny. Siedem kół biegiem robimy, a wody przełknąć nie wolno. Udaje się. Ile na rezultaty trzeba czekać, tego nikt nie podaje. Wieczorem wsiadamy w pociąg sypialny, ale nie śpimy, bo rzeczy niezwykłe zaczynają się dziać, a może właśnie śpimy i wszystko to nam się śni, sama już nie wiem. Nasycone strumienie kolorów wpływają przez uchylone okno wypełniając całą przestrzeń naszego przedziału, która to się powiększa, to zmniejsza i tylko stukot kół świadczy o tym, że w pociągu jesteśmy. Fale kolorów unoszą się i opadają, łączą się spiralnie, ale nie mieszają ze sobą. I coś dziwnego dzieje się z naszą skórą, która pod ich wpływem zmienia swoją barwę. Jesteśmy błękitni, pomarańczowi, szmaragdowi, srebrni i znowu błękitni. Co za podróż!
(sen to chyba jednak nie był, skoro A nad ranem pokazuje mi to zdjęcie)

10 lipca 2009

nicnierobienie?

Tak naprawdę nie na spotkanie z mistrzem tu przyjechałam, ale z A, który w ciągłym ruchu być musi i spokoju nie zazna, gdy czegoś nie zrobi. Przy czym np. spacer to w jego mniemaniu jest "nicnierobienie" więc niełatwo mi czasem, bo moim cząsteczkom czasu tak często trudno jest się zsynchronizować w bezmiarze wszechświata, ale próbuję, bo wiem, że tylko same dobre rzeczy z tego być mogą i nadzieję mam, że i on te moje starania rozumie, a także i to, że są chwile, gdy nic nie ważne tylko właśnie te chwile i że można je smakować tak po prostu. Że można pić kawę dla samego picia, że można obserwować chmury dla samego obserwowania albo biegać po polu dla samego biegania.

8 lipca 2009

kroki

Jestem cichym obserwatorem dokumentującym kilka kolejnych kroków, jakie czynią inni na swojej drodze. Jestem blisko. Chcę być niewidoczna i niesłyszalna.

6 lipca 2009

mistrz

Jadę na spotkanie z Mistrzem. Przemierzam dystans niespełna 500 kilometrów na południowy-zachód od Blicksland. Pociągiem, autobusem i samochodem. Podróż zajmuje mi 11 godzin. Wystarczająco dużo, by zachwycać się tym, co tak szybko zmienia się za oknem, by robić zdjęcia, rozmyślać, spać, czytać, nudzić się, być głodnym, mieć dosyć tej podróży i wreszcie cieszyć się, że dobiegła już końca.
Jadę na spotkanie z mistrzem, choć nie jest to mój mistrz.
Nigdy nie miałam swojego mistrza. Jakże byłoby dobrze mieć kogoś takiego. Jakże bezpieczniej i łatwiej. I nie chodzi mi o guru, bo to zawsze wydawało mi się podejrzane. Głoszenie nauk i autorytatywne wyjaśnianie doktryn zawsze wzbudzało moje wątpliwości. Myślę o kimś, kto czuwa i asekuruje, delikatnie prowadzi do tego, by uczeń stanął na własnych nogach zyskując pełną, mocną i mądrą świadomość samego siebie.

5 lipca 2009

trawnik

deszczowa historia pewnego trawnika:

4 lipca 2009

śniadanie

Ruszam na drugą stronę rzeki do pobliskiego Saskerland. Kilku tu szacownych przyjaciół zamieszkuje. Tym razem goszczę u L na proszonym śniadaniu, które szybko okazuje się być tylko pretekstem do rozmaitych poczynań. Przy blanszowaniu szpinaku można na przykład wybadać kwestie damsko-męskie, o które to pewna dama próbowała mnie zahaczać, zresztą nie pierwszy raz, wymyślając dziecinną historię na sondowanie pewnych faktów z mojego życia, jednocześnie nie odpuszczając sobie własnej obecności w tej historii naznaczyć, co już było nietaktem wielkim, ale że ja na śniadanie przyszłam, udałam, że tych zabiegów nie rozumiem. Następnym jednak razem damie nóż wbiję, bo nie lubię takich chwytów i podstępnego łypania okiem.
Skądinąd nie ten kuchenny incydent naznaczył nasze śniadanie, ale historia M, po której to salonik wszyscy opuszczamy i drogą przez rozarium udajemy się na miejsce zdarzenia, by M ratować z opresji.
Otóż dni temu kilka upuściła M na ziemię ogromne lustro, które w kawałkach wielu teraz leży, bo ona ruszyć się go obawia, bo jakże to tak zmieść i wyrzucić, gdy tak symbolicznym jest to zdarzenie i odpowiednich praktyk trzeba, by całą sytuację załagodzić i do normy przywrócić. Misję mamy zatem poważną do spełnienia.
Gdy docieramy na miejsce L w mgnieniu oka, ku zaskoczeniu wszystkich, a swoim chyba jeszcze większym, przeistacza się w szamana i już rytuał okadzająco-oczyszczający odprawia.
A trzeba przyznać, że jest w tym bardzo dokładny. Oczyszcza przestrzeń całą i każdy kawałeczek lustra z osobna.

Majeranek z kadzidła tak szybko nas osłabia, że rozmawiać już nie mamy siły, ani czegokolwiek innego robić.
Niegroźne już kawałki lustra. Nic nie groźne. Można się rozejść. Co też niezwłocznie czynimy.

21 czerwca 2009

Noc Świętojańska

Wymykam się o zmierzchu z Blicksland w przebraniu Rusałki, by znowu w Noc Świętojańską wypuszczać lampiony na wodę i wypowiadać życzenia, tańczyć z ogniem i kawalerów kusić obietnicą kwiatu paproci. Znowu, choć przecież zupełnie inaczej. Wszystko jest inne. Intensywniejsze. I nurt rzeki silniejszy.
Po północy porywam pewnego kawalera albo to on mnie porywa, a właściwie to porywamy się wzajemnie, przecież od początku było wiadomo. Wypuszczamy jeszcze jeden wspólny lampion na wodę, choć życzenie każdy w duchu wypowiada własne. I tu nagle myśl mnie dopada, że jeśli intencja naszych życzeń jest wspólna, to w porządku, a co jeśli życzenia mają intencję odwrotną? Skąd lampion ma wiedzieć, w którym popłynąć kierunku, czyje życzenie wybrać, a czyje zignorować? Życzeń jednak sobie nie zdradzamy, a i lampionu obserwow
ać nie ma czasu, bo skoro się porwaliśmy, to trzeba stąd zmykać. Zmykamy więc do innej magicznej krainy, ale jakiej nie powiem, bo to tajemnica!
noc całą (a nawet dwie) dokumentował z ukrycia PinkF_, co obejrzeć można na:
http://picasaweb.google.com/pinkf314159265/KoOJanaHerbatnikCzescPierwsza#

http://picasaweb.google.com/pinkf314159265/KoOJanaHerbatnikCzescDruga#

18 czerwca 2009

dance the silence

Transform chaos into order
Bring life to nothingness

Give form to ideas
Dance the silence
Move the space
Create
a cosmos
Create a w o r l d

Can't you see, that every time
I die for you again?
I break my legs in the ankles
and cut my veins
again and again...
without end... without breath...
How many times is it still to take?

Napisałam ten wiersz kilka lat temu. Był grudzień, leżałam w łóżku z gorączką, gdy w półsennym majaku pojawiła się historia. Gęsta, niespokojna, nasycona skrajnymi emocjami. A wszystko przez dwa zdjęcia, które pokazał mi wtedy T. Uruchomiły dużo więcej niż byśmy się razem mogli spodziewać. Dzisiaj zostawiłabym tylko pierwszą zwrotkę. Druga mnie już nie dotyczy. Wtedy wszystko jawiło mi się jako negujące się wzajemnie skrajności. Siebie ustawiłam między nimi jak w potrzasku. Cóż za pomysł! A wiersz przypomniał mi się dzisiaj, gdy tańczyliśmy w deszczu, a nad nami pojawiła się kolorowa tęcza. "Najważniejsze to słuchać partnera" - powiedziała P. - "Oddaj mu tyle ciężaru, ile on daje tobie". Tym razem nie połamałam nóg w kostkach.